niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 4

I obiecany w poprzednim wpisie kolejny rozdział (:
Potrząsnęłam głową, starając się pozbyć z niej chłopaka choć na chwilę. Miałam pracę do wykonania i z całą pewnością nie miałam zamiaru pozwolić na to, aby mi w niej przeszkadzał.
Szybkim krokiem udałam się do pokoju pielęgniarek, a Lori przywitała mnie jak zawsze ciepłym uśmiechem. Siedziała za biurkiem, wypełniając jakieś papiery. Ze wszystkimi pacjentami, którzy byli przyjmowani, wypuszczani, a nawet umierali wypełnianie raportów zdawało się nie mieć końca.
- Cześć, Lori - przywitałam ją.
- Oh Rose, tak się cieszę, że tu jesteś! Czy możesz proszę przyprowadzić Lilly, przynieść mi trochę dodatkowych bandaży i sprawdzić co ze stopą Buck'a, a później szybko wrócić, żeby pomóc mi z Marise?
- W tej kolejności? - zapytałam nieco zaskoczona jej nagłymi żądaniami. Nie wspominając o tym, że była dopiero ósma rano i wciąż jeszcze się całkiem nie obudziłam.
- Tak. Przepraszam kochanie, mamy po prostu dziś strasznie dużo roboty!
- Nie ma sprawy, załatwione.
- Bardzo ci dziękuję - powiedziała Lori z ulgą wymalowaną na twarzy.

Tak więc rozpoczęłam moją długą podróż w celu uzyskania przyborów i sprawdzenia zdrowia pacjentów. Najpierw udałam się do magazynu i wzięłam jakieś bandaże, mając nadzieję, że o takie właśnie chodziło Lori. Ominęłam różnorodne bicze i łańcuchy, których widok przyprawiał mnie o dreszcze.

To co robili pacjentom było chore. Byli stale biczowani, aby się słuchali, czasem nawet zamykani w klatkach niczym zwierzęta. Praktykowano też lobotomie, które polegały mniej więcej na tym, że doktor wbijał młotkiem szpikulec między oczy pacjenta, mając nadzieję, że uderzy on w konkretny nerw odpowiedzialny za zrelaksowanie i uspokojenie. W większości przypadków zabieg mający na celu wrócenie pacjentowi zdrowia psychicznego, był bezowocny, więc teraz był stosowany jedynie na najgorszych przypadkach. Bardziej jako kara niż operacja.

Oh i jakbyśmy mogli zapomnieć o czyniącej cuda terapii elektro-wstrząsami. Przepuszczanie prądu elektrycznego przez pacjenta, aby go uspokoić i słuchanie jego potwornych wrzasków było powszechnie praktykowane przez doktorów i bardzo popularne. Moim zdaniem było to niesprawiedliwe. Pacjenci powinni być leczeni ze swojego szaleństwa, a nie popadać w jeszcze większe za sprawą okrutnych kar. Nasze kary niby były nieco litościwsze niż w latach 30. i 40., ale niewiele.

Potrząsnęłam głową, aby pozbyć się z niej obrazu skutych w łańcuchy, posiniaczonych przestępców, biorąc z półki to czego potrzebowałam i szybko stamtąd wychodząc. Po tym jak przyniosłam przybory Lori, sprawdziłam co u Buck'a, który ciągle mamrotał coś o demonach i apokalipsie. Później udało mi się zaciągnąć wrzeszczącą Lilly do gabinetu pielęgniarek, uspokoić ją i pomóc Lori przy Marise, która złamała sobie rękę uderzając o ceglaną ścianę. Po mniej więcej godzinie słuchania gardłowych krzyków i odgłosów łamanych kości poczułam ulgę, kiedy Lori puściła mnie na lunch. Nie mój lunch. Miałam znowu pilnować pacjentów, ale to i tak było lepszym zajęciem, niż to co robiłam chwilę temu.

Westchnęłam, kiedy w końcu zostawiłam za sobą krzyki oraz płacze i udałam się do kawiarenki. Pomimo, jak do tej pory, bardzo pracowitego dnia, czas płynął bardzo szybko. Już połowę swojej zmiany miałam za sobą.


Kiedy dotarłam na miejsce, ucieszyłam się widząc, że ktoś przesunął stolik pod ścianę w miejsce, które zwykle zajmowałam. Użyłam go jako krzesła, podciągając się do góry, aby na nim usiąść. Wszystko wyglądało normalnie, tak normalnie, na ile mogło wyglądać w takim miejscu jak to. Przynajmniej nikt nie krzyczał, co nieco zmniejszyło mój ból głowy, który spowodowany był płaczem torturowanej Marise.


Gapiłam się na zegar, patrząc jak mijają sekundy. Większość ludzi zastanawiałaby się dlaczego po prostu się nie zwolniłam z tej ponurej, a czasem przerażającej roboty. Ale było wiele powodów dla których nie mogłam tego zrobić.

Moje zainteresowanie zawsze wzrastało kiedy ktoś poruszał w rozmowie temat szaleńców, ponieważ było to dla mnie niezwykle intrygujące. Zawsze byłam ciekawa i chciałam wiedzieć na ten temat więcej. Poza tym, Kelsey i Lori były świetnymi współpracowniczkami. Tak samo jak James, całkiem przystojny ochroniarz i mój dobry przyjaciel. Dodatkowo, dobrze płacili. Plusy wydawały się przewyższać minusy, więc stwierdziłam, że będzie lepiej jeśli zostanę na trochę.

O mało nie wyskoczyłam ze skóry, kiedy stół zatrząsł się pode mną. Cholera, to był Harry. Usadowił się obok mnie, opierając się plecami o ścianę, tak jak ja. Nie odezwał się słowem, nawet na mnie nie popatrzył, a jego głębokie zielone oczy wpatrzone były w głąb kawiarenki. Zawsze patrzył na wszystkich, jakby był od nich lepszy. Nawet nie zarozumiale, ale tak jakbyś naprawdę był kimś gorszym i byłbyś tego świadomy.

Wyciągnął papierosa i wetknął go między zęby, usiłując go zapalić pomimo tego, że był zakuty w kajdanki. Następnie nie spiesząc się wyciągnął go z ust, powoli wypuszczając smugę dymu sprawiając, że wyglądało to jeszcze bardziej uwodzicielsko, niż powinno.

Po prostu patrzyłam na niego bez słowa. Czego on ode mnie chciał?

- Zagraj ze mną w karty - jego głos był głęboki i groźny, sprawiając, że jego słowa brzmiały bardziej jak żądanie, niż prośba.
- Co?
- Chodź zagrać ze mną w karty - jego oczy wciąż nie spotykały moich, nie aby mnie uniknąć, ale bardziej z braku zainteresowania lub obojętności.
- Cóż, jak kusząco by to nie brzmiało, aby opuścić to luksusowe siedzenie i towarzyszyć seryjnemu zabójcy, który obdarł ze skóry trzy kobiety gołymi rękami w grze w karty, mam robotę do wykonania - oznajmiłam.
- No tak, wyglądasz na całkiem zawaloną robotą - powiedział, zauważając, że tak naprawdę niczym się nie zajmuję. Odsunął papierosa od swoich ust, aby móc zwilżyć je językiem - To musi być strasznie wyczerpująca praca, serio.
- W zasadzie to powinnam po prostu tu siedzieć i pilnować pacjentów, a nie ucinać sobie z nimi pogawędki - kiwnęłam głową w stronę zatłoczonych stolików.
- Więc twierdzisz, że nie powinnaś kontaktować się z pacjentami podczas lunchu, kiedy twoim zadaniem jest ich doglądać.

To był dobry argument, ponieważ nie miałam pojęcia, co na niego odpowiedzieć. Jeśli mam być szczera to mogłam robić to na co tylko mi przyszła ochota, jeśli tylko wszystko było pod kontrolą, ale jakoś nie ciągnęło mnie do gawędzenia z psychopatą przy partyjce kart. Dlatego właśnie zaczęłam wymyślać wymówki jak to byłoby wbrew regułom, ale Harry szybko się połapał, że to gówno prawda. Musiałabym wpaść na coś bardziej przekonującego, żeby się od niego uwolnić. Mimo wszystko wciąż prowadziłam ze sobą wewnętrzny konflikt, ponieważ jedna część mnie nie chciała niczego więcej, jak kontynuować rozmowę z nim, żeby słyszeć jego starannie dobrane słowa, wypowiadane wolno i uwodzicielsko i jego ochrypły głos, który sprawiał, że się rozpływałam.


Z resztą, nie chciałam dać mu satysfakcji z myśli, że jestem zbyt przestraszona lub onieśmielona jego osobą, aby zagrać z nim w karty. Więc w końcu zaakceptowałam jego propozycję.

- Okej, niech ci będzie. Ale nie myśl sobie, że tak będzie zawsze.

- Cokolwiek powiesz, madame - na jego twarzy zajaśniał zwycięski uśmiech, kiedy zsunął się ze stołu i ruszył w głąb kafeterii, oczekując, że pójdę za nim.

Wstałam i weszłam w morze ludzi, czując na sobie wiele par oczu. Czułam się dziwnie i prawdopodobnie wyglądało to dziwnie, biorąc pod uwagę uważne spojrzenia rzucane w naszym kierunku. Kiedy usiadłam, poczułam się jak pacjent. Poczułam się bardziej bezbronna. Po kilku sekundach wszystkie obłąkane umysły, wróciły do myślenia obłąkanych rzeczy i wyglądało na to, że stracili zainteresowanie nami.

Wzrost Harrego zmniejszył się diametralnie, kiedy usiadł przy okrągłym stoliku, na którym już leżała talia kart. Siedzieliśmy trochę bliżej siebie, niż bym chciała, ale nie próbowałam odsunąć swojego krzesła. Moje oczy uważnie śledziły ruchy jego dużych dłoni, kiedy tasowały talię, uwydatniając stawy i żyły. W jakiś sposób nawet jego dłonie były fascynujące; długie palce wydawały się dodawać mu męskości.

W tamtym momencie pomyślałam, że może ja też powinnam zostać zamknięta w tej instytucji. Musiałam oszaleć. Czy przypadkiem nie nienawidziłam go jeszcze chwilę temu? A teraz urzekały mnie nawet jego dłonie.

Jego dłonie.

To było po prostu śmieszne, ale nie mogłam nic na to poradzić.

- Więc - zaczął, sprawnie tasując karty - Umiesz grać w Texas Hold'em?
- Nie - powiedziałam
- Ja też nie - zachichotałam na jego odpowiedź.
- Zgaduję, że w takim wypadku gramy w go-fish*?
- Chyba tak - odpowiedział. Zaczekałam, aż rozda karty, ale wydawało się, że mu się nie spieszy. Jego ciemne oczy patrzyły na mnie w zamyśleniu, prawie jakby starał się podjąć jakąś decyzję. Koniec jego papierosa żarzył się kiedy wdychał nikotynę, a następnie wypuszczał smugę wirującego dymu, wydymając swoje pełne usta.
- Jesteś dziewicą, Rose?
Wziął mnie z zaskoczenia swoim odważnym pytaniem, sprawiając, że moje czoło zmarszczyło się z zakłopotania.
- Co?
Harry skrzyżował ręce na stole, pochylając się niebezpiecznie blisko. Czułam jego ciepły oddech na swojej szyi.
- Czy ktoś kiedykolwiek cię dotykał?
Nie mogłam uwierzyć, że pytał mnie o moje życie seksualne z największą pewnością siebie, nawet nie zniżając głosu.
- Założę się, że nie, mam rację?
Miał. Nie byłam wcześniej dotykana w ten sposób, ale nie miałam zamiaru ujawnić tej informacji.
- Chcesz być dotykana, Rose? Chcesz, żeby ktoś sprawił, że poczujesz się dobrze? - zapytał ochrypłym głosem, niemal szepcząc. Kiedy mówił, jego ciekawskie palce błądziły po moim udzie.

Jeśli jego celem było mnie sprowokować, udało mu się więcej niż go osiągnąć. Poczułam jak moje policzki robią się gorące i wiedziałam, że muszą być już jaskrawo czerwone, kiedy odtrąciłam jego rękę i się odsunęłam.

Harry zachichotał i również się odsunął, wiedząc, że udało mu się mnie zawstydzić, seksownie trzymając swój język między zębami. Nie wiedziałam do czego zmierzał albo jakie były jego intencje, ale wiedziałam, że chciał abym się zaczerwieniła, czego udało mu się dokonać. Jednak nie miałam zamiaru dać mu wygrać i odejść.
- Rozdaj karty, Harry - wymamrotałam, zanim mógł zadać jeszcze więcej pytań. Jednak on się nie ruszył, ciągle patrząc na mnie swoimi inteligentnymi oczami.
- Dobra, ja to zrobię - chwyciłam talię i rozdałam każdemu z nas taką samą ilość kart, które Harry w końcu łaskawie wziął do ręki.
- Masz jakieś czwórki? - spytałam.
Jego zwykły uśmieszek powrócił, ukazując dołeczek w policzku, tuż nad prawym kącikiem jego idealnych ust.
- Go-fish.

Pociągnęłam kartę ze stosu, starając się jakoś dopasować ją do pozostałych, ale myślami byłam zupełnie gdzie indziej, kiedy zdecydowałam, że teraz kolej na trochę prowokacji z mojej strony.
- Więc powiedz mi, Harry. Czujesz się choć trochę winny za obdarcie ze skóry trzech kobiet, wiedząc, że ich rodziny są teraz w domach, płacząc w bólu, przez to co zrobiłeś? A jak się czujesz z faktem, że na zewnątrz są dziesiątki protestujących każdego dnia, którzy chcą żebyś zginął?
- Cóż, odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi "nie" - potrząsnął głową, odpowiadając szybciej niż się tego spodziewałam - Nie czuję się ani trochę winny.
- Jesteś chory.
- Tak? - zapytał - Może nie czuję się winny, bo nigdy ich nawet nie dotknąłem. Może jestem niewinny.
- Tak? - tym razem ja zapytałam.
- A jak myślisz?

Zmierzyłam go wzrokiem, rozmyślając nad odpowiedzią. Jego wygląd był anielski, ale wiedziałam, że w środku nie przypominał anioła nawet w najmniejszym stopniu.
- Myślę, że jesteś winny. Nie siedziałbyś tu teraz, gdybyś nie był.
Harry skinął głową, jak gdyby spodziewał się właśnie takiej odpowiedzi.
- Co powiesz na to, dam ci jeden miesiąc. Będziesz tu przychodzić, grać ze mną w karty i rozmawiać ze mną każdego dnia, poznasz mnie lepiej. Później, po miesiącu zdecydujesz czy dalej uważasz, że jestem winny. I jeśli będziesz miała rację, powiem ci co naprawdę stało się tym kobietom.
- Okej, umowa stoi. Jeśli obiecasz trzymać łapy przy sobie i nie wtrącać się w moje sprawy, pomyślę nad tym - powiedziałam, choć i tak wiedziałam co stało się jego ofiarom.
- Stoi - Harry skinął z satysfakcją wymalowaną na twarzy - Ale uh czy mogłabyś coś dla mnie zrobić?
- To zależy co.
Zciszył głos i nachylił się w moją stronę, jakby miał zaraz zdradzić mi jakiś sekret.
- Mogłabyś powiedzieć tamtemu gościowi, żeby przestał się na mnie gapić jakby chciał mi urwać głowę? - zapytał, unosząc brwi i wskazując głową osobę, o której mówił.

Odwróciłam głowę, aby zobaczyć o kogo mu chodzi. Pomimo tego, że w naszą stronę skierowanych było wiele zaintrygowanych spojrzeń, wiedziałam, że mówił o Jamesie, który z całą pewnością patrzył na nas niezadowolony. Odwróciłam się z powrotem w stronę Harryego, aby moje oczy mogły spotkać jego.
- Cóż, chyba nie możesz się mu dziwić - oznajmiłam - Nie często widuje się pracowników, siedzących sobie i ucinających przyjacielską pogawędkę z psychopatą.
- Wow to teraz jestem psychopatą?
- A kiedy nie byłeś? - spytałam.
- Wiedziałem, że uważasz, że jestem szalony, ale nie sądzisz, że "psychopata" to trochę za dużo?
- Nie, termin "psychopata" to nie wyzwisko, to fakt. Psychopata to najczęściej osoba cierpiąca na chroniczną chorobę umysłową z nienormalnym lub agresywnym zachowaniem wśród ludzi, jak ty. Więc odpowiadając na twoje pytanie, nie, to wcale nie za dużo.
- Wow, nic dziwnego, że ciągle jesteś dziewicą! Jesteś kujonem! - Harry wykrzyknął trochę za głośno i z przesadnym podekscytowaniem, jakby właśnie odkrył lekarstwo na raka, a nie powód braku moich seksualnych doświadczeń.
- Skończyłeś? - zapytałam, nawiązując do jego niestosownych komentarzy.
- Oh skarbie - powiedział niskim głosem, a na jego ustach zagościł jego zwyczajowy uśmieszek - Ja się dopiero rozkręcam.
                                                                 

*Go-fish - gra karciana podobna trochę do naszego kuku. Nie znacie, sprawdźcie w googlach:)

Rozdział 3

Jołs,przepraszam,że bardzo długo nie pisałam.Dziś w trochę nie codzienny sposób bo przed wami aż dwa rozdziały.Nie będę przedłużać,miłej lektury.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
- Mogę zapytać, co ty tu robisz?
Niechętnie się odwróciłam, nie chcąc zobaczyć twarzy osoby stojącej za mną. Kiedy jednak to zrobiłam, poczułam niewielką ulgę. Była to rudowłosa kobieta w średnim wieku, której nigdy wcześniej nie widziałam.
- Przepraszam. Mam teraz przerwę, więc pomyślałam, że się trochę rozejrzę.
- Nie możesz tutaj przebywać - oznajmiła protekcjonalnym tonem.
- Oh, przepraszam - szybko wybiegłam z pomieszczenia, starając się uniknąć dalszej konwersacji. Miałam nadzieję, że nie powie o niczym pani Hellman. Z drugiej strony, nawet nie zapytała o moje imię.

Wróciłam do pokoju pielęgniarek zadowolona, że miałam jeszcze chwilę, aby usiąść i się zrelaksować. Z jakiegoś powodu czułam się strasznie zmęczona i potrzebowałam chwili odpoczynku. Jednak kiedy tylko znalazłam się w głównej części budynku, popatrzyłam na zegar. Było południe, co znaczyło, że musiałam znowu iść pilnować pacjentów podczas ich lunchu. Jęknęłam, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że będzie tam pewien przestępca z burzą kasztanowych loków.

Z niechęcią poczłapałam korytarzem i otworzyłam drzwi kafeterii. Nikt nie zwrócił na mnie nawet najmniejszej uwagi, jak zwykle zresztą, i wszyscy kontynuowali robienie tego co robili zanim się tu pojawiłam. Udałam się na tył pomieszczenia, żeby widzieć wszystkich pacjentów. To była prosta robota, serio. Ludzie nie dostawali napadów złości ani nic w tym rodzaju, tak często jak można by przypuszczać, a kiedy już dostawali ochrona zawsze docierała do nich przede mną. Ja miałam za zadanie tylko ich uspokoić w ten lub inny sposób, jeśli byłoby to niezbędne.

Miałam jednak nadzieję, że nie będę zmuszona robić tego dzisiaj, ponieważ byłam potwornie zmęczona. Nie wiedziałam dlaczego, ale wyglądało to tak jakby każda mijająca minuta sprawiała, że stawałam się coraz bardziej i bardziej wyczerpana. Odchyliłam się do tyłu, aby oprzeć się o ścianę i poczułam jak moje powieki robią się coraz cięższe. Jednakże nagle otwarły się szeroko, kiedy usłyszałam obok mnie zachrypnięty głos.
- Cześć.
Odwróciłam się gwałtownie, aby zobaczyć Harrego stojącego obok mnie powtarzającego moją postawę opierając plecy o ścianę. Papieros wystawał z kącika jego ust, co uwydatniało jego szczękę, a paczka z której pochodził spoczywała w jednej z ogromnych dłoni chłopaka. Nie zapominając o wcześniejszym incydencie, musiałam zwalczyć impuls do odwrócenia się i ucieknięcia jak najdalej od niego.
- Chcesz? - zapytał wyciągając w moją stronę paczkę papierosów.
- Nie, nie palę - powiedziałam tonem nieco bardziej nieprzyjaznym niż planowałam. Wzruszył ramionami i położył paczkę na stojącym obok stole.
- A więc, Rose, tak masz na imię, prawda?
Skinęłam w odpowiedzi.
- Ile masz lat?
- Dwadzieścia.
- Ja dwadzieścia dwa.
- Dlaczego ze mną rozmawiasz? - zapytałam nagle. Uniósł brwi zaskoczony moim pytaniem, a po chwili jego czoło zmarszczyło się w zamyśleniu.
- Sam nie wiem - znów wzruszył ramionami - Ochroniarze nie są zbyt rozmowni, a wszyscy inni w tym pomieszczeniu są nienormalni.
- Oh, więc ty jesteś normalny?
- Nic takiego nie powiedziałem.
Nie odpowiedziałam, podczas gdy on zaciągnął się swoim papierosem, który przy jego różowych ustach wyglądał bielej niż zazwyczaj.
- Dlaczego tak się mnie boisz? Przecież nie masz żadnego powodu.
Potrząsnęłam głową zmieszana. Powody były jasne jak słońce.
- Na początek, obdarłeś ze skóry trzy kobiety...
- I ty w to wierzysz? - Harry przerwał mi, znów unosząc brwi.
- Tak, niby dlaczego miałbyś być w instytucji dla obłąkanych kryminalistów, gdyby było inaczej?
Wyglądał jakby chciał coś wtrącić, ale kontynuowałam swoją myśl zanim miał szansę.
- I kto powiedział, że się ciebie boję?
Bałam się go, ale to nie oznaczało, że chciałam, żeby o tym wiedział. Nie chciałam, żeby myślał, że byłam słaba. Jedynymi ludźmi, których się bałam byli Harry i pani Hellman, ale jej bałam się z zupełnie innych powodów. Poza tymi wyjątkami uważałam się za całkiem odważną.
- To oczywiste.
- Niby jak?
- No więc - powiedział oblizując swoim różowym językiem usta - Obserwowałem się odkąd tu jestem i...
- Czekaj, co masz na myśli mówiąc, że mnie obserwowałeś?
Myśl o jego ciemnych, zielonych oczach śledzących każdy mój ruch, podczas gdy nawet tego nie zauważałam przyprawiał mnie o ciarki.
- Znaczy, patrzyłem na ciebie. Po prostu patrzyłem na ciebie stojącą tutaj.
- Po co?
- Cóż, nie jest łatwo oderwać od ciebie oczy. Jesteś piękna - powiedział z tym głupim, uwodzicielskim uśmieszkiem na ustach. Starałam się nie zareagować na jego komplement, jednak mi się nie udało. Czułam jak moje policzki robią się gorące i wiedziałam, że stały się też czerwone. Harry chyba zauważył, bo jego uśmiech się poszerzył, kiedy mówił dalej.
- W każdym razie, widziałem jak rozmawiasz z innymi pacjentami. Uwielbiasz ich, to widać. Jesteś najmilszym pracownikiem, którego do tej pory udało mi się spotkać, ale w stosunku do mnie jesteś zdystansowana, zamknięta w sobie, pilnujesz się. Nigdy wcześniej nie odezwałaś się do mnie słowem. To znaczy, że się boisz.

Wypuścił z ust duży kłąb dymu. Brzydziłam się paleniem. Pachniało ohydnie i czułam się okropnie zmuszona to wdychać. To jednak nie zmieniało faktu, że Harry wyglądał niesamowicie seksownie, kiedy to robił. Ale i tak go nienawidziłam. Nie wiedziałam nawet dlaczego. Może to był ton jego głosu; że podchodził do wszystkiego na luzie i zachowywał się jakby każdy był od niego gorszy. Nie w normalny, snobistyczny sposób, ale bardziej onieśmielający, jakby wiedział, że nikt nie chciałby z nim zadzierać.

- Więc jestem aspołeczna, zdystansowana i nieprzyjacielska w stosunku do ciebie? Harry, jesteś tu dopiero od tygodnia i ledwo z tobą rozmawiałam.
- No właśnie. Rozmawiasz ze wszystkimi tylko nie ze mną. Wiedziałem, że nie może za tym stać fakt, że mnie nie lubisz, bo praktycznie w ogóle mnie nie znasz. Więc musiał to być strach.
- Cóż, teraz cię znam i ciągle cię nienawidzę - powiedziałam szorstko. Nie wiem co sprawiało, że tak się zachowywałam w stosunku do niego. Oh tak, prawie zapomniałam. Był mordercą.

Harry odchylił głowę w tył wybuchając śmiechem.
- Mmm jesteś też zadziorna - oznajmił. Przygryzł zębami swoją dolną wargę, kiedy jego ciemne oczy skanowały moje ciało. Odezwał się znowu, kiedy jego szmaragdowe spojrzenie w końcu powróciło na moją twarz - Podoba mi się to.

Wydałam z siebie odgłos zdegustowania. Nie mogłam go znieść. Właśnie miałam powiedzieć coś wyjątkowo niemiłego, ale Harry przemówił pierwszy.
- Tak więc, miło się z tobą gawędziło, Rose. Do zobaczenia - mrugnął, wkładając swojego papierosa z powrotem do ust. Odepchnął się od ściany i zostawił mnie samą. Moje oczy śledziły go, jak odchodził mając cały świat w poważaniu i swoją wysoką sylwetką przewyższając wszystkich w pomieszczeniu.

Leżałam w swoim łóżku, czując ulgę, że w końcu jestem w domu. Rezydowałam sama w małym mieszkanku w sercu Londynu. Było w nim ciepło i przyjemnie i miało całkiem dobrą ochronę, więc je lubiłam. Jednak nawet w tak miłym miejscu czułam się trochę niespokojna. Miałam włączony czarno-biały telewizor, by moje myśli skupiły się na obrazach na ekranie, a nie czymś innym, co z pewnością opóźniłoby moje zaśnięcie. I tak nie działało. Nie mogłabym nawet powiedzieć jaki program oglądałam, ponieważ nie zwracałam na niego najmniejszej uwagi.
Zamiast tego myślałam o czymś zupełnie przeciwnym, niż to o czym bym chciała teraz myśleć, ale nie mogłam pozbyć się tego z mojej głowy.

Harry.

Nie ważne jak bardzo starałam się przekonać samą siebie, że jest inaczej, przerażał mnie. Wiedziałam, że nie powinnam się go bać. Był zamknięty za żelaznymi kratami. Nigdy nie byłby w stanie stanowić zagrożenia z pielęgniarkami i całą ochroną pilnującą tego wariatkowa. Mimo wszystko, wciąż się bałam.

To właśnie czułam w stosunku do niego - strach. Nie z powodu tego co zrobił. To już się wydarzyło, a ja nie bałam się rzeczy, które miały miejsce w przeszłości. Bałam się rzeczy, które mogą się dopiero stać. Bałam się tego, że nie wiem co się wydarzy; że nie wiem do czego ktoś może być zdolny. Bałam się faktu, że nie jestem w stanie przewidzieć swojego losu. Z Harrym w pobliżu, nie spuszczającym ze mnie oczu, nie miałam pojęcia co może się wydarzyć. Prawdopodobnie nic, jednak wciąż nie mogłam odpędzić od siebie tego strachu.

Ale niepokój to nie jedyne, co czułam w stosunku do Harrego. Było też coś innego, coś niemal kompletnie przeciwnego. Może była to ciekawość...albo pożądanie. Zdecydowanie miał w sobie coś pociągającego, czego nie byłam w stanie zignorować. Zaczynając od jego mocno zarysowanej linii szczęki, po jego zadziwiający wzrost i umięśnione ciało. Może też jego idealnie opaloną skórę lub głęboko zielone oczy albo pełne usta i to jak oblizywał je swoim różowym językiem, kiedy mówił. Lub jego oszałamiające, idealnie zarysowane kości policzkowe, lub sposób w jaki uwodzicielsko wyciągał papierosa z pomiędzy swoich warg, aby powoli wypuścić kłąb dymu. Nie wspominając o tych gęstych, ciemnych włosach, które były dosłownie stworzone do tego aby wpleść w nie palce, żeby utonęły w miękkich lokach. I jego głęboki, ochrypły, wprawiający w zakłopotanie głos.

Okej, dość tego, powiedziałam samej sobie. On jest mordercą. Ugh, dlaczego musi być tak cholernie atrakcyjny? Takie piękne ciało zmarnowane przez chory umysł. Oh tak, i jeszcze nienawiść. Wyczuwałam jej w chuj dużo. To uczucie było zdradliwe, ponieważ nie mogłam znaleźć na nie żadnego wytłumaczenia. Nigdy nie patrzyłam na rzeczy, które pacjenci zrobili w przeszłości, wiedząc, że przeszłość była przeszłością i że byli niepoczytalni i że starano się im pomóc. Byli po prostu chorzy i wymagali leczenia. Ale jeśli chodziło o Harrego...gardziłam nim. Może to przez to, że był taki pewny siebie, prawie jakby był dumny z tego, co zrobił. Cały czas był taki zadowolony z siebie i zarozumiały. Nie wykazywał nawet specjalnie żadnych objawów szaleństwa, więc to wyglądało tak jakby zrobił te wszystkie straszne rzeczy świadomie, w przeciwieństwie do innych pacjentów. Wkurzało mnie też to, że sprawiał, że się rumieniłam. Nie wiedziałam, czy byłam wściekła o to bardziej na niego czy na samą siebie. Ale Harry dobrze wiedział co robił i wiedziałam, że to brzmiało szalenie, ale czułam jakby mną manipulował. Jakby to dawało mu złudzenie posiadania kontroli.

Pomimo mojego strachu i wstrętu, moje sny były przepełnione niczym innym niż pięknym, obłąkanym mężczyzną.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Rozdział 2

Cześć przepraszam za nieobecność na blogu,od 2 dni mam już gotowy rozdział drugi i trzeci,dzisiaj nadszedł czas na drugą część opowiadania miłej lektury :)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Minął tydzień. Tydzień odkąd Harry przyjechał do instytucji. Nie zrobił nic, co myślałam, że mógłby zrobić. Przestrzegał zasad, tak jak powinien, bezproblemowo. Większość ludzi przeszłaby załamanie w ciągu pierwszego tygodnia, ale już wiedziałam, że Harry nie był "większością ludzi". Zdecydowanie był  inny. Zawsze przestrzegał zasad. To powinno być uspakajające, ale chyba jeszcze bardziej mnie przerażało. Przyzwyczaiłam się do szalejących pacjentów, wrzeszczących, drących się, próbujących cię zaatakować. Wiedziałam, co wtedy robić i jak reagować. Harry wyglądał na posłusznego, stosował się do nakazów i robił, co mu się powiedziało. Wariaci tak nie robią. Mają napady złości, bo wiedzą, że są tutaj zamknięci na cztery spusty i boją się tego. Zachowaniem Harry pokazywał, że się nie boi, nie martwi się tym, że mógł utknąć tu na zawsze. On coś knuł. I to mnie przerażało.
Myślałam o tym, gdy siedziałam w pokoju pielęgniarek, nie robiąc zbyt wiele. Usłyszałam skrzypnięcie drzwi, kiedy weszła Lori, która byłą tu "główną pielęgniarką", chociaż robiła dokładnie to, co wszystkie. Miała długie, siwe włosy, bladą cerę i około sześćdziesiątki na karku.
-Pani Hellman chce, żebyś dostarczyła śniadanie do pokoju 419 - powiedziała
Nazywałyśmy je pokojami, chociaż to były bardziej cele więzienne. Przytaknęłam, niechętnie podniosłam się z miejsca i zabierając tacę z jedzeniem zaczęłam iść w stronę celi. Nie mogłam sobie przypomnieć, kto przebywał w pokoju 419, ale zaraz miałam się dowiedzieć. Otworzyłam ciężkie drzwi i weszłam. Przez to, co zobaczyłam prawie upuściłam jedzenie.
To był pokój Harrego.
Siedział na skraju łóżka opierając ramiona na udach. Wpatrywał się w podłogę i wyglądało, jakby nad czymś usilnie rozmyślał. Miał podwinięte rękawy, a jego ciemne loki były roztrzepane, odgarnięte do tyłu. Usłyszał, jak weszłam i jego głowa momentalnie zwróciła się w moim kierunku.
-Cześć - uśmiechnął się
-Hej - powiedziałam cicho - Umm... - nie bardzo wiedziałam, gdzie zostawić jego posiłek. Czułam się niezręcznie i byłam wystraszona, więc, tak jakby, ciągle tkwiłam tam jak kołek.
-Daj. - powiedział, gdy wstał i podszedł do mnie po jedzenie. Instynktownie cofnęłam się o krok i zetknęłam się ze ścianą.
Głośno zachichotał na moją reakcję i podszedł jeszcze bliżej. Wstrzymałam oddech, kiedy zmniejszył odległość między nami do minimum. Taca zapewniała mi jedynie 10 cali odległości między mną a nim. Musiałam przechylić głowę do tyłu, żeby zobaczyć jego ciało zbliżające się do mnie i jego oczy jak oceany szmaragdów. Miał przyklejony do twarzy głupi uśmieszek, kiedy sunął językiem powoli po wargach, żeby je zwilżyć.
-Nie bój się, nie skrzywdzę cię - wypowiadał każde słowo powoli, poważnym głosem - Jak masz na imię, kochanie?
-Rose.
Pochylił się bliżej. Za blisko. Zaskoczyło mnie, gdy okazało się, że całkiem ładnie pachnie, mimo tego zatęchłego miejsca. Wolno przyłożył usta do mojego ucha. Mogłam poczuć jego gorący oddech na mojej szyi. Wywołało to w moim rozdygotanym ciele jeszcze większe drżenie.
-Jestem Harry - wyszeptał prawie bezdźwięcznie
Zwyczajnie przytaknęłam. Moje serce uderzało milion razy na minutę. Stałam kilka cali od mordercy. Nie miałam pojęcia, co teraz zrobi. Znowu mnie zaskakując - nie zrobił nic. Tylko tam stał.
-Mogę już moje jedzenie? - spytał głupio się szczerząc.
Spojrzałam w dół i zdałam sobie sprawę, że ciągle ściskałam tacę, tak mocno, aż moje knykcie pobielały.
-Ja...jasne. - zająknęłam się, kiedy mu ją wcisnęłam i uciekłam. Słyszałam jego ciężki chichot wydobywający się z celi i szybko odeszłam speszona. Byłam na siebie wściekła, że dałam mu się zastraszyć i stchórzyłam na jego oczach. To pokazywało, jaka byłam słaba i wrażliwa oraz, że nie nadawałam się na przebywanie między bezlitosnymi kryminalistami.
Byłam trochę roztrzęsiona, kiedy weszłam do pokoju pielęgniarek. Jeszcze nie oswoiłam się z pociągającą, acz zastraszającą obecnością Harrego. Jak pani Hellman mogła kazać mi iść do jego pokoju bez ochrony, nie zakuwając go nawet wcześniej kajdankami? Mógł mnie zaatakować albo zgwałcić albo nawet uciec z celi, kiedy ja zostałabym bez pomocy. Znaczy, wiedziałam, że pani Hellman powiedziała, że będę teraz spędzać więcej czasu wśród  pacjentów, ale nie tak to sobie wyobrażałam.
Weszłam do gabinetu Lori i znalazłam ją pomagającą schizofrenicznej pacjentce, Darli, która utopiła własne dziecko.
-Hej, dobrze się czujesz? Wyglądasz jakbyś właśnie zobaczyła ducha - zauważyła
-Tak, wszystko w porządku - skłamałam. Nie chciałam przebywać teraz przy pacjentach, potrzebowałam tylko przez chwilę oczyścić umysł. - Muszę iść do łazienki - powiedziałam i wyszłam z pokoju
-Okej, ale pośpiesz się, mamy dzisiaj obchód - zawołała za mną
Jęknęłam. Mamy trzy dni w miesiącu, kiedy sprawdzamy zdrowie wszystkich pacjentów. Nie ich psychiczne zdrowie mimo, że to mnie bardziej interesowało. To była robota psychiatrów.
Wykorzystałam czas w łazience na poprawienie swoich długich, falowanych, ciemnych włosów, stroju i ogólnie wszystkiego. Kiedy skończyłam wróciłam do pokoju.
-Właśnie przegapiłaś tego nowego; Harrego - oznajmiła mi Lori, gdy weszłam.
-Nie powiem, żebym żałowała. - odparłam
-Czemu, nie lubisz go?
-Poza tym, że obdarł ze skóry trzy kobiety? Doszczętnie mnie przeraża.
-Oh, zdążyłam zauważyć. W pewnym sensie, mnie też przeraża, tak jak każdy pacjent tutaj.
-Na prawdę? Zawsze wydawałaś się czuć tak pewnie z nimi.
-Tak, bo przywykłam do nich. Kiedy ich poznasz, zdajesz sobie sprawę, że wcale nie tak dużo różnią się od nas, normalnych ludzi. Po prostu zagubili się we własnym umyśle. - później dodała ciszej - Połowa z nich nie powinna być nawet zamknięta w tym więzieniu.
-Jak to? - zapytałam. Przecież oni wszyscy byli przestępcami. Jasne, że powinni być zamknięci.
-Nie ważne, zapomnij o tym.
Byłam ciekawa, o co dokładnie jej chodziło, ale zdecydowałam się nie dociekać. Pracowałam z Lori kilka następnych godzin wręczając jej przyrządy i sporządzając dokumentację czy cokolwiek chciała. Do tej pory nie musiałyśmy nikomu podawać środków usypiających albo wzywać ochrony, więc wszystko szło po naszej myśli.
Kiedy widziałyśmy się już z jakąś połową pacjentów, Lori odwróciła się do mnie.
-Dobra, czas na nasz lunch - westchnęła, zanim szybko wyszła z pokoju. Nie byłam głodna i nie było mowy, żebym siedziała w gabinecie przez godzinę, więc mogłabym się trochę rozejrzeć. Znałam większość miejsc, które były mi potrzebne do pracy, na przykład kafeterię, skrzydło z pokojami pacjentów, hol pracowników, ale to by było na tyle. A jak widać z zewnątrz, to miejsce było ogromne. Pewnie widziałam jedynie jakąś połowę budynku. Nie przestawałam się zastanawiać, co skrywały inne korytarze instytucji. Moje stopy dudniły o cementową podłogę, kiedy szłam w głąb holu, nie wiadomo dokąd prowadzącego. Podczas przechadzki zastanawiałam się, jak stary może być ten budynek. Wybudowano go jakieś 40 lat temu, w 1912, ale wyglądał na bardzo stary.
W sumie to tu było groźnie. W pewnym stopniu panował tu chłód i ciemność. Pomimo setek pacjentów i pracowników dookoła, wydawał się opustoszały. Przez jakieś 5 minut szłam wzdłuż ścian, które wiecznie gdzieś zakręcały i zawracały, gdy dotarłam do dużych, ciężkich drzwi. Były zrobione z metalu i przypominały wejście do całkiem innej instytucji. Słyszałam stłumione wrzaski i krzyki dochodzące zza drzwi. Podniosłam wzrok, zauważyłam szary napis nad framugą "Oddział C".
Część mnie była ciekawa, jakie horrory dzieją się za tymi drzwiami, ale druga połowa nigdy nie chciała się dowiedzieć.
Zdecydowałam się iść dalej i ewentualnie wejść gdzieś indziej. To wejście nie było takie wielkie i zabezpieczone, lecz trochę bardziej ustronne. Nie było też tabliczki, która mówiłaby, co to jest, ale chciałam się tego dowiedzieć. Nacisnęłam więc klamkę i weszłam. Jak się okazało w pokoju był jedynie ogromny bałagan. Dokumenty i papiery leżały w pomieszanych stosach na podłodze. Były tam zdjęcia prześwietleń powieszone na ścianach i słoiki na półkach. Co do cholery było w tych słoikach? Nie miałam pojęcia. Alkohol w szklance był stary i cuchnął. Moje oczy spoczęły na prześwietleniach. Wyglądały na różne części ludzkiego ciała. W większości mózgi, części serc i nerwów, tyle mogłam rozpoznać. Jedno z nich było podpisane:

Test #309
Pacjent 20
Lila Darson

Cholera, co to jest?
Nadepnęłam na papiery próbując przyjrzeć się kolejnemu zdjęciu i usłyszałam powolne skrzypnięcie drzwi. Stanęłam jak wryta. Wiedziałam, że nie powinnam tu być i ktokolwiek otworzył drzwi zapewne też to wiedział.
-Mogę zapytać, co ty tu robisz?

niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozdział 1

Cześć witam w pierwszym rozdziale opowiadania ,na samym początku małe wprowadzenie :
Czas akcji: lata 50. XX wieku (czasy kiedy w szpitalach psychiatrycznych prowadzono liczne badania na ludzkich mózgach, kary były bardzo srogie, a pracownicy bezlitośni).
Gatunek : Romans,dramat
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

To nie był najlepszy dzień w moim życiu. Na dworze mżyło, a ponura pogoda sprawiała, że instytucja wydawała się jeszcze straszniejsza niż w rzeczywistości. Bolały mnie plecy od ciągłego pochylania się nad łóżkami, na których nie wiadomo, co kto robił, bo pościel była brudna i śmierdząca. Ból w nogach od kręcenia się między pokojami, by dostarczyć do nich tanie, posiłki bez żadnego smaku także nie odpuszczał. Jedynym dźwiękiem, który wypełniał korytarz było stykanie się moich stóp z zimną cementową podłogą. Wszyscy pacjenci jedli pewnie lunch albo byli na zajęciach w innych pokojach. Gdy tylko doręczyłam jedzenie do ostatniego pokoju, przyszła do nie Kelsey, jedna z moich współpracownic. Była parę lat starsza ode mnie i znała to miejsce jak własną kieszeń. Dla mnie był to dopiero trzeci miesiąc w Szpitalu Psychiatrycznym dla Przestępców Wickendale. Moja praca polegała głównie na asystowaniu pielęgniarkom, ale przy ścisłej ochronie i uważnym obserwowaniu pacjentów nie było dużo do zrobienia, więc pomagałam, gdzie tylko mnie potrzebowali. Byłam dziewczyną na posyłki, gdy byli zajęci i potrzebowali w czymś wsparcia.
-Hej, co ty tu robisz? - zapytała Kelsey
-Umm... Pracuję?
-Wszyscy są na dworze, ty też powinnaś być!
-Czemu? Co się stało? - zastanawiałam się
-Nie słyszałaś? Nowy przyjechał! - powiedziała podekscytowana
-No i? - nie wiem, co w tym było niesamowitego. Nowi pacjenci trafiali tu przez cały czas. Co takiego wyjątkowego było w tym dzisiejszym?
-Słyszałaś o kolesiu, który obdarł ze skóry trzy kobiety? - jej głos zdradzał odrobinę za dużo zachwytu w tym temacie
-Taa, kt... nie, tylko nie mów, że...
-Tak, on tu przyjeżdża. I przegapimy to, jeżeli się nie pośpieszysz!
Kelsey złapała moją rękę i pociągnęła do głównego wejścia. Byłam zaskoczona i trochę zdenerwowana. Nie wiedziałam czemu. No bo jakich ludzi powinno się spodziewać w psychiatryku dla zbrodniarzy? Tak czy inaczej nie mogłam powstrzymać się od obgryzania paznokci - nerwowy nawyk z dzieciństwa. Wyszłyśmy na lekki deszcz i czekałyśmy przez chwilę. Kiedy rozejrzałam się, zdałam sobie sprawę z tego, że Kelsey się nie myliła. Prawie wszyscy pracownicy tutaj przyszli. Oczywiście, byli też policjanci, żeby trzymać wszystko pod kontrolą, ale i tak każdy pchał się, żeby zobaczyć sławnego przestępcę. Znaleźli się też protestujący przeciwko zamykaniu go w psychiatryku/więzieniu - nazywajcie to jak chcecie. Większość chciała, żeby zginął. Już miałam wejść do środka, bo miałam dosyć czekania na deszczu, gdy czarny policyjny van podjechał tuż przed wejście. Pierwsi wyskoczyli dwaj ochroniarze i otworzyli tylne drzwi. Wtedy zniecierpliwienie dopadło także mnie. Jak on wyglądał? Ile miał lat? Był atrakcyjny czy wręcz odrażający?
Wreszcie miałam odpowiedzieć sobie na te pytania. Ochroniarze zanurzyli się w samochodzie i wytargali go za ramiona. Gdy tylko został wyszarpnięty z pojazdu, spuścił głowę, więc nie mogłam zobaczyć jego twarzy. Jego ręce i nogi skute były kajdankami, które brzęczały, kiedy szedł. Miał już na sobie ten niedorzeczny niebiesko-szary kombinezon, który był przeznaczony dla tutejszych pacjentów. Nawet w tym bezkształtnym stroju widziałam, że był szczupły i wysoki.
Zanim przekroczył wejście jego wzrok padł na mnie i mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Mówienie o nim "atrakcyjny" było niedopowiedzeniem. Byłam zaskoczona niezaprzeczalną urodą przestępcy stojącego parę metrów przede mną. Wyglądał na około dwadzieścia lat. Miał długie, czarne rzęsy okalające jego czarujące zielone oczy. Jego pełne usta były nieznacznie uchylone, gdy szedł po marmurowych schodach. Miał potargane ciemne włosy, które opadały na czoło i kręciły się wokół uszu. Miał także mocno zarysowaną linię szczęki, którą usilnie zaciskał i brwi marszczące się w gniewie, kiedy słyszał drących się protestantów i ich żądania, by został zabity.
Nie wiem, czego się spodziewałam. Może żeby wyrywał się, próbował bić, krzyczał coś. Cokolwiek. To robi większość ludzi, którzy tu trafiają. Wariują albo próbują się wyrywać albo wrzeszczą jakieś głupoty. Ktoś tak zły jak on powinien robić coś niedorzecznego. No bo przecież obdarł ze skóry trzy kobiety. Co za wariat robi takie rzeczy ? A on zwyczajnie przekroczył próg bez słowa.
Trąciłam Kelsey łokciem.
-I to tyle?
-Na to wygląda - westchnęła - Słabo. Oczekiwałam czegoś bardziej ekscytującego
Zachichotałam na jej zmienny humor, który zawsze wywoływał u mnie uśmiech. Wiem, że myślała o tym, co ja. Chłopak, który właśnie wszedł był jednym z najbardziej pociągających, wspaniałych mężczyzn, jakich kiedykolwiek obie widziałyśmy. Ale żadna z nas nie chciała przyznać, że spodobał jej się psychol. Tak czy owak, weszłam z powrotem do środka i sprawdziłam godzinę. Cholera, to był czas lunchu. I nie miałam na myśli swojego lunchu. Musiałam siedzieć i pilnować (razem z kilkoma ochroniarzami) pacjentów jedzących lunch, grających w karty albo robiących cokolwiek tam chcieli podczas swoich wolnych dwóch godzin. Stanęłam jak zwykle na tyłach, gdzie miałam całkiem dobry widok na wszystkich w tym samym czasie. Około półgodziny później drzwi otworzyły się gwałtownie i przyciągnęły uwagę wszystkich. Wszedł ten nowy razem z dwoma ochroniarzami, którzy mieli niby utrzymać go pod kontrolą. Nie bardzo mnie to przekonywało, skoro chłopak był wyższy niż oni oboje. Nadal był skuty kajdankami w nadgarstkach i kostkach. Jego postawa była stanowcza, jak wcześniej, a jego brwi nadal się ze sobą łączyły. Każdy gapił się na niego głupawo jakby zabił kogoś na ich oczach. Nie zwracał na nich uwagi i po prostu podszedł do jednego z wolnych stolików, a następnie usiadł na stojącym przy nim krześle. Bez jedzenia; nic nie robiąc. Jedynie siedział na krześle i wpatrywał się w ścianę. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy to, że był większym wariatem niż przestępcą, ale potem lepiej to przemyślałam. Bo chyba jakbym ja została przyprowadzona do miejsca jak to, z ludźmi wrzeszczącymi do mnie groźby i musiała przyzwyczaić się do nowego mieszkania i życia, przy tym wszystkim na raz potrzebowałabym usiąść i oczyścić umysł.
Udawałam, że obserwuję innych pacjentów, ale tak naprawdę nie zwracałam na nich zbyt wielkiej uwagi. Skupiałam się na tym chłopaku z kasztanowymi lokami. Nie wiedziałam dlaczego. Powinnam się go bać i bałam, ale jednocześnie był strasznie intrygujący. Nie wiedziałam, co w nim mnie tak ciekawiło, ale prawie czułam jego przyciąganie. Może dlatego, że mnie przerażał, że nie mogłam przestać myśleć o jego przestępstwach. Może byłam po prostu ciekawa. Może...
Pani Hellman weszła nagle i zagwizdała tym znowu denerwującym gwizdkiem sygnalizującym, że więźniowie mają wrócić do swoich pokoi lub cel, jak chcecie to nazywać. Sylwetka nowego wydłużyła się, gdy wstał. Minął ochroniarzy i odszedł tam, gdzie od teraz przebywał.
Kiedy pokój opustoszał Pani Hellman, niestety, podeszła do mnie. Pojawił się we mnie cień strachu. Była naprawdę straszna i nigdy nie miała nic miłego do powiedzenia. Jeżeli rozmawiała z tobą na osobności zwykle darła się na ciebie albo wylewała z roboty.
-Rose, możemy porozmawiać? - spytała.
Przytaknęłam i podeszłam bliżej. Nie wyglądała na szczęśliwą. Ale z drugiej strony - ona nigdy nie wyglądała na szczęśliwą.
-Dobrze sobie radziłaś przez te pierwsze dwa miesiące. Jestem zaskoczona, że jeszcze nie zrezygnowałaś. Myślę nad dodaniem ci trochę obowiązków - powiedziała
-Oh, dziękuję.
-Wydajesz się czuć pewniej między pacjentami niż inni. Myślę, że mogłabyś od teraz mniej pomagać pielęgniarkom, a więcej pacjentom. Jeżeli ci to pasuje.
-Tak, oczywiście. Byłoby świetnie - powiedziałam. To była prawda, że czułam się pewniej między psycholami niż powinnam. Wydawało mi się to interesujące być między nimi, wiedzieć, co myślą, jak myślą. Pewna część mnie zawsze zastanawiała się, czy rzeczywiście byli stuknięci. Oczekiwałam, że Pani Hellman odejdzie, ale nadal przy mnie stała. Zadałam pytanie, które chodziło mi po głowie przez ostatnie dwie godziny.
-Umm, ten nowy... - zaczęłam
-Tak, jest interesującym tematem - powiedziała, jakby był jakimś eksperymentem - Cóż, naprawdę muszę już iść - Pani Hellman szybko zaczęła oddalać się niż zdążyłam dokończyć zdanie
-Jak się nazywa? - zawołałam za nią.
Odwróciła się twarzą do mnie, twardym wzrokiem wpatrując się w moje oczy.
-Ma na imię Harry. Harry Styles.